jednak jest równowaga w kosmosie. jeden weekend laba, to drugi weekend armagedon. na uczelni od 10. do 20., kwadrans przerwy między zajęciami, w tym połowa schodzi na zmianę sali i rozłącznie/podłączenie rzutnika. toż to chyba pieluchę trzeba wkładać za przykładem kasjerek z Biedy. a jutro powtórka z rozrywki. jezusu, ratunku, chcę labęęęę.
raport spożytego syfu:
- herbatka cytrynowa z proszku (automat),
- polska podróba syfiastych nic nacs'ów = syf do potęgi,
- cappuccino z proszku (automat, podejście drugie)
ale materiał na blogusia jest ;)